Przez osiem tygodni brałem Gluconax, czyli suplement w kapsułkach, który ma wspierać metabolizm glukozy i utrzymanie stabilnego poziomu cukru. Sięgnąłem po niego, bo miewałem skoki energii po jedzeniu i stresowały mnie wyniki glukozy na czczo, choć nie miałem rozpoznanej cukrzycy. Chciałem przede wszystkim mniej senności po posiłkach i spokojniejszą głowę po pomiarach.
Na początku zwróciło moją uwagę samo opakowanie. Białe pudełko z czerwonymi akcentami wyglądało dość „anglojęzycznie” i trochę nie pasowało mi do polskiego rynku. Kapsułki trzymałem obok kubka i ciśnieniomierza, bo tylko tak pamiętam o suplementach. Zacząłem od jednej kapsułki dziennie do śniadania, a po tygodniu przeszedłem na dwie kapsułki dziennie podczas posiłków, zwykle do śniadania i obiadu.
Nie wszystko wychodziło idealnie. Raz czy dwa połknąłem kapsułkę dopiero po jedzeniu i wtedy miałem wrażenie cięższego brzucha. Zdarzał mi się też lekko suchy posmak w ustach po połknięciu. Nie był mocny, ale rano bywał uparty. Przechodził po kawie albo po wodzie z cytryną.
Równolegle robiłem podstawowe rzeczy. Piłem mniej słodzonych napojów, więcej chodziłem i do kolacji częściej dorzucałem warzywa. Nie prowadziłem idealnego dzienniczka, ale kilka razy w tygodniu mierzyłem glukozę glukometrem, głównie na czczo i czasem dwie godziny po większym posiłku. Wyniki zapisywałem w notatkach w telefonie, obok listy zakupów. To ważne, bo bez takich podstaw żaden suplement nie zrobi za mnie roboty.
W pierwszym tygodniu nie poczułem niczego wyraźnego. Zero zachwytu. Dopiero w drugim tygodniu zauważyłem pierwszą sensowną zmianę: po obiedzie rzadziej miałem ten klasyczny zjazd, kiedy człowiek siedzi i patrzy w ekran, a mózg jakby zwalniał. Nadal bywałem zmęczony, ale mniej odcięty. To było dla mnie realne ułatwienie w pracy i po prostu w codziennym funkcjonowaniu.
Około trzeciego–czwartego tygodnia zobaczyłem to też w pomiarach po posiłkach. Nie było tak, że wszystko nagle stało się książkowe, ale skoki były mniejsze, zwłaszcza po daniach, po których zwykle wystrzeliwałem. Najbardziej zaskoczył mnie makaron, bo wcześniej potrafił mnie rozjechać energetycznie na pół dnia. Z Gluconaxem nadal czułem cięższy posiłek, ale bez takiej senności i bez potrzeby „dobijania” się czymś słodkim, żeby wrócić do życia. Apetyt na słodkie też trochę się uspokoił. Nie zniknął, tylko łatwiej było mi odpuścić.
Po około sześciu tygodniach zauważyłem jeszcze jedną rzecz: byłem mniej drażliwy, kiedy byłem głodny. To brzmi banalnie, ale u mnie miało znaczenie. Byłem typem, który potrafił zrobić się niemiły, jeśli minęło zbyt dużo czasu między posiłkami. W tym okresie łatwiej było mi dotrwać do obiadu bez nerwów. Jednocześnie nie zauważyłem spektakularnego wpływu na masę ciała. Waga drgnęła minimalnie, ale równie dobrze mogło to wynikać z tego, że częściej chodziłem. Gluconax nie zrobił za mnie całej pracy.
Co mi się nie podobało
- miewałem delikatne burczenie w brzuchu, głównie gdy brałem kapsułkę z małym posiłkiem
- suchy posmak po połknięciu wracał falami
- przy dwóch kapsułkach dziennie łatwo było mi jedną pominąć, jeśli jadłem poza domem
- nie poprawił mi snu ani stresu, a to mocno wpływa na apetyt i wyniki
Co do składu, patrzyłem na to praktycznie. To nie był jeden magiczny składnik, tylko mieszanka ekstraktów roślinnych i minerałów, które zwykle kojarzy się ze wsparciem gospodarki węglowodanowej. Dla mnie najlepiej działało to jako dodatek do posiłków, a nie coś „na czczo i zapomnieć”. Jeśli miałem dzień z ciastkami w pracy, to nie było taryfy ulgowej. Sam suplement nie kasował skutków gorszych wyborów.
Nie miałem żadnych ostrych reakcji i nie musiałem przerywać stosowania. Mimo to podchodziłem do niego ostrożnie, bo przy produktach wpływających na glukozę łatwo przesadzić z oczekiwaniami. Ważne było też dla mnie to, że traktowałem go jako suplement, a nie lek. To zmienia sposób myślenia o obietnicach z opakowania.
Myślę, że Gluconax może się sprawdzić u osoby, która ma wahania energii po jedzeniu, jest na etapie porządkowania diety i chce dodatkowego wsparcia w rutynie. Pasuje też komuś, kto umie regularnie brać kapsułki i nie liczy na cud bez ruchu i bez pilnowania jedzenia. Odradziłbym go raczej osobie z już rozpoznaną cukrzycą, która jest w leczeniu i chce dorzucić coś na własną rękę bez ustaleń, a także komuś, kto nie toleruje nawet lekkich dolegliwości żołądkowych.
Po ośmiu tygodniach powiedziałbym tak: kupiłbym go ponownie, ale tylko na okresy, kiedy wiem, że mam gorszą dyscyplinę z jedzeniem albo więcej siedzenia. Nie traktowałbym go jako stałego obowiązku przez cały rok. U mnie trochę wygładził poposiłkowe zjazdy i skoki, ale nie był żadnym cudownym przyciskiem do stabilnej glukozy bez podstaw. Jeśli ktoś chce wsparcia, a nie obietnic bez pokrycia, to rozumiem, czemu po niego sięga. Ja po prostu zostawiłbym go jako dodatek, nie centrum całego planu.