Bionetic to spray do skóry głowy, który kupiłam jako wsparcie przy osłabionych włosach i okresowym wypadaniu. Po kilku miesiącach stresu i częstego suszenia zauważyłam więcej włosów na szczotce, a same pasma zrobiły się kruche. Chciałam przede wszystkim ograniczyć wypadanie bez efektu tłustej, przyklepanej nasady.
Używałam go przez sześć tygodni, prawie codziennie. Nie robiłam z tego skomplikowanego rytuału, ale szybko zrozumiałam, że przy takim produkcie liczy się dokładność. Psikałam na suchą skórę głowy, nie na włosy. Robiłam przedziałek na środku, potem dwa po bokach i jeszcze jeden z tyłu przy czubku głowy. Po aplikacji masowałam skórę opuszkami palców przez mniej więcej minutę.
Najlepiej sprawdził mi się wieczór. Rano zwykle się spieszyłam, a po masażu i tak chciałam umyć ręce, żeby nie przenosić produktu na twarz. Butelkę trzymałam obok szczotki, bo kiedy schowałam ją do szafki, od razu o niej zapominałam. Dwa razy odpuściłam aplikację, bo wróciłam bardzo późno i nie miałam cierpliwości do robienia przedziałków przy lustrze. Tyle realizmu.
Sama butelka jest czarna, ze srebrnymi akcentami, a zapach kojarzył mi się z pokrzywą i czymś aptecznym. Nie był dla mnie męczący. Atomizer zazwyczaj działał dobrze, ale czasem zamiast delikatnej mgiełki dawał bardziej mokry strumień. Wtedy zostawała plamka na skórze i musiałam ją rozetrzeć palcami. Dało się z tym żyć, choć przy kosmetyku do skóry głowy precyzja ma znaczenie.
Pierwszy tydzień nie przyniósł żadnego efektu, który mogłabym uczciwie nazwać zmianą. Skóra głowy nie była bardziej zaczerwieniona ani swędząca, ale włosy wypadały tak samo. Trochę mnie to zniechęciło. W drugim tygodniu zauważyłam coś subtelniejszego: po myciu włosy mniej trzaskały i szarpały się przy rozczesywaniu. Nie było efektu „nowej fryzury”, raczej mała różnica odczuwalna rano, kiedy człowiek próbuje szybko przejść szczotką przez długość.
Najważniejsza zmiana przyszła między trzecim a czwartym tygodniem. Na szczotce zostawało mniej włosów. Nie zniknęły całkiem, nadal widziałam pojedyncze dłuższe włosy na ubraniach, ale przestałam mieć wrażenie, że każde czesanie kończy się stratą garści. Najbardziej widziałam to po myciu, bo odpływ w wannie był wyraźnie mniej zapchany.
W piątym i szóstym tygodniu efekt przesunął się bardziej w stronę wyglądu włosów. Nasada wydawała się lżejsza i trochę bardziej odbita, bez ciężkiej warstwy typowej dla niektórych wcierek. Przy linii czoła zauważyłam też krótkie, sterczące włoski. Nie będę udawać, że nagle pojawiła mi się masa baby hair, ale coś tam zaczęło odrastać albo lepiej się układać. Dla mnie ważniejsze było to, że włosy wyglądały zdrowiej i mniej smętnie.
Ze składu zapamiętałam ekstrakt z pokrzywy, witaminę C, witaminy B3 i B6, białka soi i pszenicy oraz aminokwasy, między innymi argininę, ornitynę i cytrulinę. Pojawia się też glukozamina. Brzmiało to dla mnie bardziej jak mieszanka pielęgnacyjna dla skóry głowy i włosów niż coś, co ma zadziałać natychmiast. Tak też to odebrałam w praktyce: Bionetic nie zatrzymał wypadania z dnia na dzień, ale stopniowo poprawił kondycję i uspokoił sytuację.
Minusy były konkretne, choć nie przekreśliły produktu. Najbardziej przeszkadzały mi te rzeczy:
- czasem po aplikacji czułam lekkie ściągnięcie skóry głowy, jak suche napięcie, które mijało po kilkunastu minutach;
- gdy użyłam za dużo sprayu, włosy przy nasadzie robiły się sztywne do następnego mycia;
- jeśli psiknęłam za wysoko i produkt siadł na długości, końce wyglądały gorzej;
- nie zrobił nic z rozdwojonymi końcówkami, więc podcinanie i tak było potrzebne.
Miałam też jeden drobny wysypek przy linii włosów na skroni. Wyglądało to podobnie jak po dotykaniu twarzy kosmetykiem do włosów. Nie mam pewności, czy winny był sam Bionetic, czy moje niedokładne mycie rąk po masażu. Przestałam wcierać go blisko tej okolicy, od razu myłam dłonie i problem się uspokoił.
Według mnie ten spray ma sens dla osób z włosami osłabionymi, łamliwymi, przesuszonymi od stylizacji i przy okresowym wypadaniu. Pasuje też wtedy, gdy ktoś nie chce olejowych wcierek ani zmiany całej pielęgnacji. Nie poleciłabym go osobie, która oczekuje cofnięcia dużych przerzedzeń albo efektu po kilku dniach. To wymaga regularności. Trzeba też zaakceptować, że na skórze głowy może być wyczuwalna lekka warstwa, zwłaszcza po większej ilości.
Czy kupiłabym ponownie? Tak, ale jako kilkutygodniową kurację w okresie, gdy włosy zaczynają mocniej wypadać, a nie jako stały element łazienki. Nie traktowałam go jak leku i nie rozwiązywałabym nim poważnego, długo trwającego problemu bez szukania przyczyny. W moim przypadku Bionetic pomógł ograniczyć wypadanie i poprawił sprężystość włosów, ale najlepszy był wtedy, gdy używałam go cierpliwie i celowałam dokładnie w skórę głowy.